Otoczona jesienną aurą... :)

Jesień to pora, która potrafi zaskakiwać. Raz jest piękna, kolorowa i pełna magii, a raz błotnista i ponura. Co lubię w jesiennych zdjęciach? Na pewno to, że są one "jakieś". Są inne, kryją w sobie pewną tajemnicę, która utwierdza w przekonaniu, że jesień to wyjątkowa pora dla fotografii. Nie raz sądzę, że póki trwa, najlepiej jest zabierać ze sobą wszędzie lustrzankę. To nie takie łatwe, co? Dlatego wystarczy przynajmniej upolować jakiś dobry moment i uchwycić kilka fajnych kadrów. Dobrze wiecie, że traktuję fotografię jako coś więcej niż "zdjęcia", ale o tym opowiem jeszcze nie raz... Jesienna aura jest jedną z bardziej interesujących, zaraz po urokliwej, grudniowej Wigilii. Niby to taka depresyjna pora (to prawda, potwierdzam), ale jednocześnie nie da się choć na moment jej nie polubić. Dziś zaczął się listopad i szczerze powiedziawszy strasznie szybciutko leci mi ostatnio czas - o wiele szybciej niż w poprzednich latach. Pewnie spowodowane jest to nową szkołą. Apropo - jutro zabieram aparat, więc kolejny post pewnie będzie dotyczył mojej wspaniałej szkoły plastycznej, tak więc czekajcie wytrwale :). Jakoś w przedziale listopada/grudnia stuknie pół roku od kiedy jestem z moim lubym - spokojnie - o tym też Wam napiszę w swoim czasie.((Konrad mnie zabije jak wstawię niektóre nasze zdjęcia, ale mam to gdzieś, nie mogę się już doczekać ahahaha)).


 
Obchodzicie Halloween? (JAK SIĘ PISZE TO DZIADOSTWO?!) Ja raczej nie traktuję tego dnia jako jakiś szatański obrzęd (co?! XD), ale też nie przebieram się ani nie maluję. Pff, nie maluję się prawie wcale na codzień (Boże, wybacz mi ten cholerny puder!), a co dopiero robić z siebie jakieś straszydło w jeden dzień.. W tym roku nie było nawet okazji zrobić jakichś ozdób w domu, stylu "strasznych dyń", ale nie płakałam z tego powodu. Oczy mam szeroko otwarte. Albo i nie..?
Wczorajszy dzień spędziłam przy zapalonych świeczkach, z dobrą książką na przemian z laptopem. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie uwieczniła klimatu tego wieczoru na zdjęciach. Blogspot nie omieszkał nieco popsuć jakości - a co tam :'). Kiedyś wpędzi mnie tym do grobu, haha, NO PATRZ, CO ZA PRZYPADEK!! A KYSZ, SZATANIE!  
DOBRA JUŻ. STOP. (Ja wcale nie potrzebuję pomocy, OK?)








Tak sobie siedzę i się śmieję, myśląc, jak uratować post i doszłam do wniosku, że już się chyba nie da, haha. Ale jednak żeby jakoś z klasą zakończyć ten wpis, podzielę się z Wami moim ukochanym Panem Grubaskiem vel. Paróweczką. Albo jak kto woli - po prostu - Elmem. W sumie, jeden pies...


Miłego dnia kochani, trzymajcie się ciepło i wyczekujcie uważnie kolejnego posta :).
~Jaguś ♥
 

Parę newsów z życia codziennego

Halo! Jak zwykle nie udało mi się zrealizować właściwie niczego co planowałam Wam pokazać. Podstawowy problem mojej natury: doba jest...